1. 0
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4

Życie św. Franciszka z Asyżu

Młodość

Urodził się w majętnej kupieckiej rodzinie mieszczańskiej w 1181 lub 1182 roku w Asyżu. Według przekazów, jego ojciec, Piotr Bernardone, przebywał w jednej z licznych podróży handlowych, kiedy w kościele św. Rufina w Asyżu jego syn został ochrzczony otrzymując imię Jan. Zdaje się, że już w dzieciństwie zaczęto go nazywać Francesco - "Francuzik", czy to za sprawą zafascynowanego Francją ojca, czy też, jak podają inni, z powodu prowansalskiego pochodzenia jego matki, Piki. Być może jednak, przydomek ten przylgnął do niego dopiero w późniejszym okresie w wyniku stylu życia młodego Franciszka. Cokolwiek jednak było przyczyną tego miana, to jedyne w Litanii do Wszystkich Świętych przezwisko dało początek istnieniu niezwykle popularnego imienia.

O jego młodzieńczym życiu wiemy niewiele - pracował wraz z ojcem w dobrze prosperującym rodzinnym interesie handlując tekstyliami, wolny czas spędzał rozrzutnie na zabawach w towarzystwie niestroniącym od pijaństwa i na nocnych hulaszczych włóczęgach po uliczkach Asyżu. Franciszek prowadził zatem typowe życie bogatego młodzieńca w stylu właściwym dla swojej epoki. W biografiach Świętego znajdujemy zarówno przejaskrawiony obraz jego grzesznej młodości, jak i świadectwa o szlachetnej naturze i hojnym udzielaniu jałmużny.

Asyż przełomu XII i XIII wieku, podobnie jak wiele innych ówczesnych miast, targany był walkami o dominację czy to między mieszczaństwem a szlachtą, czy też sąsiadującymi ze sobą miastami. W 1199 roku wybuchła wojna między asyskim mieszczaństwem a szlachtą. Ta ostatnia, przy skutecznym wsparciu sąsiedniej Perugii, wygrała decydującą walkę. Biorący w niej udział Franciszek trafił do niewoli. Opuścił ją dopiero po ponad roku, być może w wyniku starań ojca ponaglanego chorobą syna. Po przebytej chorobie i rekonwalescencji, popadł w zniechęcenie - na jakiś czas opuściła go wrodzona radość życia, zaczął dostrzegać ulotność dotychczasowych wartości. Zdaje się jednak, że ten etap nie trwał długo - już na początku 1205 r. (lub pod koniec 1204) Franciszek zapragnął rycerskiej sławy. Okazją do realizacji tych aspiracji stał się werbunek do papieskich oddziałów walczących z cesarstwem niemieckim. Po sprawieniu sobie koniecznego rynsztunku wyruszył do Apulii. Na szlaku niedoszłego rycerza znalazło się jednak Spoleto, gdzie usłyszany we śnie głos nakazał mu powrót do Asyżu.

Posłuszny poleceniu Franciszek nie znał jeszcze zadań, do jakich zostanie niebawem powołany. Zapewne nurtowało go wówczas intrygujące pytanie zadane w nocnym widzeniu: dlaczego miałby służyć słudze zamiast samemu Panu?
Ten pierwszy zwrot w jego życiu zaowocował rozstaniem z asyską rozrywkową młodzieżą - jak chcą biografowie, miało to miejsce latem 1205 roku. Zmiana, jaka miała w nim nastąpić, nie uszła uwadze kompanów. Oczywistą przyczyną, jaka przychodziła im do głowy było zawładnięcie Franciszkowym sercem przez nieznaną im wybrankę. Młodzian nie zaprzeczył a nawet utwierdził towarzyszy, jakoby ta, która skradła mu serce miała przyćmiewać pięknością wszystkie inne kobiety.

Niebawem przekroczył kolejną granicę: wędrując samotnie w okolicach Asyżu spotkał ówczesne uosobienie tego, co wzbudza najgłębszy naturalny wstręt z powodu ropiejących wrzodów, odpadających miejscami płatów gnijącego ciała odkrywających gołe kości i niemożliwego do zniesienia fetoru: trędowatego. Pokonując wstręt ofiarował nieszczęśnikowi nie tylko jałmużnę, ale i pocałunek. Trędowaci byli odtąd otaczani szczególną troską zarówno samego Franciszka, jak i później pozostałych braci. Jak wielkie znaczenie mieli w życiu Świętego, świadczy choćby fakt, że w swoim Testamencie powołanie do służby pośród nich wskazuje jako początek swojego nowego życia.

Nie wiemy, czy posługę trędowatym rozumiał Franciszek jako realizację zapowiedzi ze snu w Spoleto, niewątpliwie była to służba samemu Panu, przekazy sugerują nam, że Franciszek wciąż jednak wyczekiwał kolejnych wskazówek. Jezus nie kazał mu długo czekać. W 1206 roku, najprawdopodobniej jesienią, przemówił po raz kolejny.

San Damiano i Porcjunkula

San Damiano, źródło: flickr


Położony niecały kilometr od dzisiejszego centrum Asyżu, wówczas znajdował się tuż za murami miasta przy drodze prowadzącej do Spoleto - niewielki, zniszczony kościółek pod wezwaniem św. Damiana. Zgodnie z przekazami, przechodząc obok niego, Franciszek odczuł nieodpartą potrzebę wejścia do środka, gdzie zapewne również i jego wzrok przyciągnął bizantyjski krzyż górujący nad zniszczonym wnętrzem tej małej świątyni. Podczas modlitwy usłyszał padajace z krzyża słowa, których skutki zmienią najpierw życie Franciszka i całego Asyżu, zataczając później coraz szersze kręgi przekroczą granice kontynentów i kultur; słowa, których echo nie przebrzmiało i dziś: Franciszku, idź i odbuduj mój dom, bo jak widzisz chyli się ku upadkowi.

I poszedł.

Najpierw do sklepu ojca, skąd wziął sporą część sukna, sprzedał je na rynku w Foligno wraz z koniem, by tak uzyskane pieniądze przeznaczyć na obudowę popadającego w ruinę kościółka. Z podobną prostotą, z jaką niebawem przyjmie wskazania Ewangelii, prośbę Ukrzyżowanego zrozumiał dosłownie. Nie mógł wówczas wiedzieć, że po trzech latach zostanie rozpoznany jako postać z wizji o bliźniaczym znaczeniu - drobnego, wynędzniałego mężczyzny, który podbiega do chylącej się niebezpiecznie bazyliki na Lateranie, a podtrzymując ją chroni przed upadkiem. Doświadczający tej ponurej wizji papież Innocenty III z pewnością nie miał wątpliwości co do interpretacji owej smutnej przestrogi.

Ochocza ofiarność tego budowniczego z Bożej łaski napotkała opór najpierw gospodarującego kościółkiem św. Damiana księdza, który pieniędzy przyjąć nie chciał, potem zaś właściciela spieniężonego dobytku - ojca. Ten, powróciwszy z podróży nie zamierzał pozostawić swojemu losowi tak syna, jak i części majątku. Sprawa trafiła przed sądownicze władze miasta, Franciszek odmówił jednak stawienia się przed instancją świecką - w swoim mniemaniu już jej nie podlegał. Sprawa została więc skierowana do sądu biskupiego. To przed biskupem Asyżu, Gwidonem, ma miejsce sławetna scena, kiedy to oddaje Piotrowi Bernardone nie tylko pieniądze, ale również ubranie - w ten sposób wyrzekając się nie tyle własnego ojca, co raczej prawa do posiadania czegokolwiek z rodzinnego majątku. Nie od razu jednak zabrał się za prace budowlane. Nie wiedzieć czemu, ten Boży wiercipięta wybrał się w stronę przeciwną od San Damiano - w kierunku Gubbio. Jakiś czas przebywał w leżącym opodal zakonie benedyktynów pracując w kuchni, po jego opuszczeniu, posługuje trędowatym w lazarecie pod Gubbio.

Jeszcze w tym samym roku powrócił w rodzinne strony, by zająć się zadaniem powierzonym mu w San Damiano. Nie posiadając środków na zakup materiałów budowlanych, głównie kamieni - na ulicach Asyżu żebrał o nie u mieszkańców miasta. Niebawem, czy to pod wpływem widoku tego niepowstrzymanego zapaleńca, czy też z powodu zbożnego celu, do Franciszka dołączyli asyscy pomocnicy i kościółek został wkrótce odbudowany. Prace remontowe przeniesiono do równie zniszczonego kościoła pod wezwaniem św. Piotra. Wreszcie przyszła kolej na kaplicę Matki Bożej Anielskiej, zupełnie opuszczoną przez właścicieli - opactwo benedyktynów z pobliskiego Monte Subasio. Stała na "małym kawałku" (wł.: porziuncola, łac. portiuncula) ziemi i temu określeniu zawdzięcza swoją nazwę - Porcjunkula. Powszechnie zawęża się ją do samej kapliczki Matki Bożej Anielskiej dziś zamkniętej w monumentalnych murach bazyliki pod tym samym wezwaniem. W odniesieniu do czasów Franciszka bywa używana na określenie całego obszaru.
Jak sugerują biografowie, Franciszek darzył to miejsce wyjątkowym upodobaniem z powodu szczególnej miłości do Matki Bożej i aniołów. Tu jego serce biło najmocniej, tutaj też uderzyło po raz ostatni w jego ziemskim życiu.

W roku 1208 Porcjunkula, otoczona jeszcze lasami, była świadkiem wydarzenia, które ostatecznie zdecydowało o obranej odtąd przez Franciszka drodze.
Najprawdopodobniej 24 lutego tego roku, podczas mszy świętej sprawowanej przez zaprzyjaźnionego już księdza z San Damiano, Franciszek usłyszał fragment Ewangelii wg św. Mateusza, w którym Jezus rozsyłający swoich uczniów, zwracał się teraz bezpośrednio do niego:

Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie w drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was!(Mt 10,7-13)

Decyzja zapadła. Odtąd już nic i nikt nie był w stanie sprawić, by Franciszek zawrócił z obranej tego dnia drogi. Dom, który miał odbudować nie składał się ze zmurszałych kamieni, a zagrażająca mu ruina była znacznie poważniejsza niż walące się stropy. Trudno przypuszczać, by ten prostoduszny dwudziestoparoletni mężczyzna bez teologicznego wykształcenie miał świadomość misji, jaka przed nim stoi. Nie ma jednak najmniejszego powodu wątpić w niewysłowione szczęście, jakie przynosiła mu perspektywa drogi, na którą właśnie wkraczał. Posłuszny usłyszanym słowom, w najprostszej wieśniaczej tunice przepasanej sznurkiem, boso, z miseczką na wyżebrane jedzenie w dłoni, wyruszył głosić Królestwo Boże - prostymi słowami zaczerpniętymi z Ewangelii, nade wszystko zaś własną postawą. Poza ubóstwem cechowała go autentyczna radość, a każde swoje nawoływanie rozpoczynał od błogosławieństwa zsyłającego pokój.